2026-06-30
Dotarliśmy na Hel z przystankiem w Gdyni. Nie obyło się bez incydentów. Ale zacznijmy od początku.
Z Górek zbieraliśmy się nieśpiesznie, wiedząc, że droga przed nami dość krótka. Wyszliśmy sprawnie, żagle postawiliśmy i gnaliśmy dobre 6-7 węzłów ostro do wiatru. Później jednak wiatr trochę zdechł, zwolniliśmy, aż w końcu zdarzył nam się niezaplanowany zwrot przez sztag. Z braku prędkości ciężko było wrócić na dobry hals, więc postanowiłem sobie pomóc silnikiem i wtedy się zaczęło. Sterownik znów odmówił posłuszeństwa, zszedłem do maszynowni, a tam pełna zęza. Widzę też, że ciurka woda zza ścianki od strony koi rufowej, gdzie tylko wał przechodzi. Otwieram więc pokrywę wału - o, matko - łącznik wału i przekładni się odkręcił. Normalnie wszystkie 6 śrub, z których każda ma specjalne podkładki samokontrujące, leżą zupełnie wykręcone. Łącznik (wał homokinetyczny Python Drive) zaś wcześniej, kręcąc się luzem, przetarł rurkę, która doprowadza wodę do smarowania łożysk wału, i to z niej właśnie cieknie. Najpierw więc taśma klejąca i łatanie rurki. Potem imadłem ściskam kręcony śrubą wał, żeby go unieruchomić, żeby przykręcić łącznik. Widzę, że leżą też dwie śruby zacisku, który łączy wał z łożyskiem oporowym, olewam i zostawiam na później. Wracam do zęzy, pompa jest już przegrzana, a do tego urwał się jej włącznik pływakowy, więc wiaderkim opróżniam zęzę. Ze 20 takich małych, 5-cio litrowych kursów wyszło. Wybieram, aż poziom wody spada do akceptowalnego. Niestety, sterownik silnika nadal nie działa. Ręcznie (zrobiłem już sobie do tego specjalną instalację awaryjną) przestawiam na bieg do przodu, ustawiam obroty (też ręcznie) i możemy w końcu zrzucić żagle (wcześniej trochę je tylko zrefowaliśmy). Spokojnie, bo na silniku, płyniemy dalej w stronę Gdyni. Tylko wskaźnik paliwa wciąż pokazuje 0, bo tankowaliśmy go ledwo co z baniaka, jedynie do manewrowania, a tego to na wskaźniku nawet nie widać, zaś przed nami jeszcze jakieś 10 mil (do tej Gdyni, to właśnie głównie na stację paliw chcemy się dostać). W końcu dopływamy, planujemy manewr podejścia na minimalnej prędkości (obroty reguluję ręcznie pod pokładem) z wyłączeniem silnika w odpowiedniej chwili i hamowaniu cumą. Zgłaszamy się do mariny przez radio i wchodzimy. Niestety, nabrzeże przy stacji jest zajęte przez inną łódkę. Przy sprawnym silniku by się tam można na drugiego dostawić, ale nie przy naszym planie. Nawracamy, wychodzimy z portu, dryfujemy przy główkach. Po kilkunastu minutach próbujemy drugi raz, stoi inny. Znów nawrót i wyjście. Bosman przez radio dopytuje o nasze zamiary, tłumaczymy mu więc naszą sytuację. Archimedes (łódka przy stacji) ma włączony nasłuch, słyszy naszą rozmowę i mówi, że już odpływa. Próujemy więc trzeci raz, tym razem z sukcesem. Wiatr jest minimalny, więc udaje się podejść na małej prędkości i na wyłączonym silniku dochodzimy do kei bez kolizji z innymi użytkownikami i infrastrukturą portu. Tankujemy do połowy, bo z odpowietrzenia zbiornika zaczynają wypływać drobne krople. Pani na stacji się tym bardzo nie przejmuje, a nawet użycza nam specjalny "psiukacz", który ma na takie okazje. Na cumach przeciągamy się na skraj kei i idę do bosmana, żeby ustalić, co dalej. Ten zaś wskazuje nam inną keję, do której też możemy przycumować bokiem, powtarzając manewr podejścia do stacji (to w zasadzie nasza najlepsza opcja, więc szczęście, że takie miejsce się znalazło, bo ogólnie to jest spory tłok). Odbijamy od stacji i dalej tylko sterując silnikiem on/off dobijamy na wyznaczone miejsce. W końcu mogę zabrać się za porządkowanie zęzy. Po około godzinie mam już całą wyczyszczoną (wypłukała się solidnie, a i płyn do zęz robi robotę). Naprawiłem pływak, przykleiłem nowy uchwyt węża, pompa już działa. Dopiero po tym wszystkim zabieram się za diagnozowanie sterownika. Wyciągam kompa, podłączam się pod moduł i w końcu odkrywam problem, którego wcześniej nie było. Jedna z krańcówek (mikrowłącznik), które kontrolują położenie dźwigni zmiany biegów się nie włącza. Jest zbyt daleko od toru, który ma ją przełączać. O mikrometry, bo czasem kontaktuje, a czaesm nie. Przewidziałem budując ten moduł, że ten dystans trzeba precyzyjnie wyregulować, więc są tam do tego specjalne śrubki - niestety, już na końcu zasięgu. Muszę więc całość rozebrać i rozwiercić dłuższe tory dla regulacji. Kończę, gdy na za oknami już ciemno. Na szczęście można wziąć ciepły prysznic (mamy bojler na Wydrze) i odpocząć po robocie. Taki to był ten nasz pierwszy dzień rejsu.
Drugi dzień zaczęliśmy od śniadania na mieście, żeby trochę lepszych wrażeń sobie dostarczyć. Potem wróciłem do sprawdzenia wału jeszcze raz. Wkręciłem na miejsce te dwie olane wcześniej śruby i podokręcałem wszystko najsolidniej jak umiałem. Sterownik działał normalnie, zaś w odpowietrzeniu paliwa nie stwierdziłem, więc postanowiliśmy wrócić na stację i dotankować do pełna. Niestety, na podejściu znów się sterownik wykrzaczył. Na szczęście znów udało się wyhamować cumą. Zatankowaliśmy, przciągnęliśmy się na cumach na skraj, jak poprzednio i wróciłem do sterownika. Problem był ten sam. Musiałem więc bardziej radykalnie zmodyfikować mocowanie tych krańcówek. Zeszło się z tym trochę, bo maszynownia ciasna, a elementy drobne, ale już koło godziny 15-ej byliśmy gotowi do wyśjcia z portu. Wiatr był niemalże idealny, bo choć ostro pod wiatr, to na jednym halsie dolecieliśmy do Helu. Tu bosman przywitał nas komunikatem (w odpowiedzi na pytanie gdzie mamy stanąć) "jest dużo miejsca, wybierzcie coś sobie". Sterownik w końcu zadział, jak trzeba. Więc i na wstecznym podeszliśmy pomiędzy y-bomy, i nawet udało się silnikiem zahamować. Ciekawe, ile czasu utrzyma się ten stan? Z przelotu mamy też dodatkową lekcję, że trzeba okna szczelnie zamykać, bo z samych bryzgów można sporo wody nabrać. Co jednak dało nam przyczynek do umycia całej kuchni, więc i nauka, i pożytek. Udało nam się jeszcze wybrać na spacer na plażę, na sam czubek Polski, przy zachodzącym słońcu. Jak mawiał pewien skipper, z którym kiedyś byłem na rejsie - turbo romantik.
Powstrzymuję się od komentarza do całej historii. Myślę, że sama sobą wyraża mieszankę doznań, których tu doznajemy. Podsumuję to tylko jednym słowem, które w sumie jest dla mnie mottem całej tej afery z łódką - przygoda!
Muszę też dodać, bo z opisu to niezbyt wybrzmiewa, że ogromną pomocą w tym wszystkim jest żona. Pracuje tak samo intensywnie i bez niej... to w ogóle by nie było to samo.


+26Nm [45]